Całe życie pod górę, czy... na szczyt? - rozmowa z Darkiem Beszczyńskim

  • Napisała 
  • Dział: Wywiady
Darek Beszczyński wyróżniał się na tle uczestników Evolution Ride 2015 koszulką Mistrza Polski Michał Luch Darek Beszczyński wyróżniał się na tle uczestników Evolution Ride 2015 koszulką Mistrza Polski

Podczas tegorocznego maratonu Evolution Ride jeden z uczestników wyróżniał się szczególnie biało-czerwoną koszulką Mistrza Polski. I rzeczywiście nim jest: Darek Beszczyński to wielokrotny mistrz w kolarstwie szosowym niepełnosprawnych. Na swoim blogu Darek pisze: z młodych lat pozostały mi tylko marzenia i wspomnienia. Trudno w to jednak uwierzyć, obserwując, jak aktywnym jest sportowcem. To, co wyczynia, może być marzeniem dla całkowicie pełnosprawnych osób. 24 lata temu, wskutek tragicznego wypadku, Darek zapadł w śpiączkę i na długo stracił mowę, a prawa strona jego ciała pozostaje wciąż sparaliżowana. Mimo to, mierzy wysoko, na sam szczyt – a ostatnio nawet w Księgę Rekordów Guinessa. Zapraszamy na rozmowę, po której wiele się zmienia i głupio już dalej wmawiać sobie, że na cokolwiek w życiu może być za późno.

Lena Walków: Cześć, Darku! Jak minął tydzień? Zapewne aktywnie.
Darek Beszczyński: Wczoraj, pociągiem, wróciłem z rodzinnego Torunia. Jeździłem tam na rowerze trekkingowym z zawodnikami, ponieważ ten szosowy, do wyścigów, został w Łodzi. Ale jako ciekawostkę dodam, że w poprzednim roku, w lecie, przejechałem rowerem z Łodzi do Torunia (170 km), a po kilku dniach z Torunia do Łodzi.

L.W.: Jak długo uprawiałeś kolarstwo, zanim 09.07.1991 roku los roztrzaskał Twoje plany o przydrożne drzewo? Jakie one wówczas były?
D.B.: Kolarstwo zacząłem uprawiać już w szkole podstawowej w profesjonalnym klubie Agromel (obecnie Pacyfic). Z Agromelu wywodzi się m.in. Andrzej Mierzejewski, który w czasach Wyścigu Pokoju, na Schodach Kapitonowa (jak nazwa wskazuje – był to górzysty etap) - odjechał z L.Piaseckim całemu peletonowi. Obecnie Andrzej ściga się jeszcze w Ameryce. Ja natomiast po pięciu latach trenowania postanowiłem porzucić kolarstwo, ponieważ trener mnie „zajechał”, a rower stał się dla mnie czymś, czego nienawidziłem. Ponieważ przestałem trenować, moje marzenia sprzed wypadku nie dotyczyły sportu. Postanowiłem powrócić do znienawidzonego kolarstwa dopiero po wypadku, gdy ponownie nauczyłem się chodzić. A przed chwilą nawiązałem do Ameryki, ponieważ teraz marzę o... przejechaniu na rowerze kuli ziemskiej dookoła.

DSC00332

L.W.: Gdy obudziłeś się po półrocznej śpiączce, czy od razu byłeś gotów, by walczyć?
D.B.: Nie. Trwało to długo. Nie wiedziałem, kim jestem, nie potrafiłem mówić, pytałem siebie: Co ja tutaj robię ? Co mi się stało? Moją rozrywką było patrzenie przez okno. Widziałem również jadących rowerzystów, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, że będę na czymś takim jeszcze jeździł, przejeżdżając obecnie tysiące kilometrów.

L.W.: Pamiętasz moment, w którym postanowiłeś wziąć się w garść i wrócić do aktywnego życia?
D.B.: Ciągłe leżenie i patrzenie w sufit mnie wykańczało, a przecież nic nie robiłem. To ta niemoc zmobilizowała mnie do wszystkiego. Zacząłem drugie życie, czyli przypominanie sobie wszystkiego: nauka mowy, nauka chodzenia, nauka pisania, nauka zapamiętywania. Do końca życia czegoś się uczymy, zaś ja zaczynałem wszystko od początku.

L.W.: Diagnoza: prawostronny niedowład dla wielu brzmiałaby jak wyrok. A Ty jeździsz rowerem i się wspinasz. Jak to możliwe technicznie?
D.B.: Tego sam nie wiem, wsiadam i jadę! Pamiętam chyba, jak to się robiło przed kraksą. Na szczęście mój błędnik nie został uszkodzony.
Mój rower musi być naturalnie dostosowany do mojej niepełnosprawności. Jest to to szosowy rower, ale z kierownicą wymienioną na prostą. Jest w niej tylko jeden chwyt, a nie trzy, poza tym linki hamulcowe sprzężone zostały w jedną dźwignię. Moja lewa ręka obsługuje przerzutki w przód i tył. Moja technika jazdy siłą rzeczy też jest nieco inna, ponieważ nie jestem w stanie stawać na pedałach. Ale nauczyłem się sobie radzić i, jak widać, z bardzo dobrym rezultatem.

b p10102061

L.W.: Co najbardziej pomogło Ci w powrocie do formy?
D.B.: Ruch i pozytywne myślenie.

L.W.: Czy ktoś Ci wówczas pomagał, czy wszystko robiłeś sam?
D.B.: Po wybudzeniu ze śpiączki na 2 tygodnie rodzice zawieźli mnie w wózku na stacjonarne ćwiczenia. Powtarzałem dwutygodniowe turnusy trzy razy. Tam próbowano mnie uczyć chodzić. Bano się mnie stawiać w pionie, ponieważ druga noga, bez niedowładu, jest złamana w kości udowej. W owym ośrodku mieli przypadek powtórnego złamania nogi, tym samym bali się mnie stawiać. Po długim czasie, gdy łapałem już pion, była mi potrzebna osoba podtrzymująca moją stronę z niedowładem, ponieważ dłoń nie ma do chwili obecnej chwytności, zaś z drugiej strony trzymałem kule. Gdy zacząłem sam chodzić tylko o kuli, zrobiłem sporo kilometrów chodząc. Gdy kula była już zbędna, zacząłem patrzeć na rowerzystów. Pewnego dnia poprosiłem kolegę, aby zabrał rower na lotnisko... Gdy tam ruszyłem, nie wiedziałem jak się zatrzymać! Od tego czasu nikt mi nie pomagał.

L.W.: Przejechałeś rowerem ponad 870 km, od Zakopanego do Gdańska. Jakie myśli przychodzą człowiekowi do głowy podczas takiej samotnej podróży samego ze sobą? Pamiętasz, o czym wówczas myślałeś?
D.B.: Myślałem o wszystkim. Przez pięć etapów nikt mnie nie pilotował, więc chodziło mi po głowie: Dobrze jadę...? Chyba jeszcze nie zabłądziłem... Za wszelką cenę chciałem ukończyć to, co zacząłem, tym bardziej, że był to przecież mój pomysł. Dlatego się udało.

10612762 769017913141933 881035386430898280 n

L.W.: W 2014 roku zostałeś potrójnym Mistrzem Polski. W tym roku również zdobyłeś Mistrzostwo Polski w Kolarstwie Szosowym Niepełnosprawych EDF Tour w jeździe indywidualnej na czas, ale nie obyło się bez przygód.
D.B.: Tak. Mój starter trzymał mnie tak mocno, że wypiąłem się z pedałów. Nie było możliwości powtórzenia tego, więc straciłem już na starcie. Później było jeszcze gorzej – w połowie startu trzeba było zawrócić na górce i wracać tą samą trasą, ale innym pasem. Zjeżdżałem, mocno rozpędzony, gdy na drogę wyskoczył mi pies. Zdezorientowany, na moment wjechałem na pas dla wjeżdżających, miałem gigantyczne tętno, ale po chwili odbiłem na właściwy pas. Wielkim zaskoczeniem i radością było dowiedzieć się, że mimo tych trudności i tak byłem najszybszy. Być może byłbym najszybszy też w wyścigu ze startu wspólnego, gdyby nie to, że na zakręcie 90'C wywróciłem się z pewnych przyczyn technicznych. Jednak mam srebro!

L.W.: 19.09 tego roku stawiłeś się wraz z 300 osób na IX maratonie Indoor Cycling, Evolution Ride. Czy to było Twoje pierwsze Evolution Ride? 
D.B.: Tak, pierwszy raz byłem na Evolution Ride. To było inne, ale ciekawe doświadczenie. Jadąc na szosie nie potrafię ze względów zdrowotnych podnieść pośladków i pedałować, zaś na rowerze stacjonarnym - owszem! Spodobało mi się kręcenie korbami w rytm muzyki. Moim zdaniem rowery stacjonarne są łatwiejsze w obsłudze. Na szosie rower trzeba utrzymywać w pionie, składać się w zakręty itp. Uczęszczam na zajęcia w jednym z łódzkich klubów, układam nawet swoje bloki muzyczne, na których sam pedałuję. Lubię to.

L.W.: A jak oceniasz wartość rehabilitacyjną zajęć na rowerach Indoor Cycling dla osób po kontuzjach?
D.B.: Kręcąc na rowerze, nogi nie są tak obciążane jak w czasie biegu, mi to pasuje.

DSC 0952

L.W.: Przyznaj się - czy zdarzają się chwile, kiedy nie chce Ci się trenować i odpuszczasz?
D.B.: Jasne! Niestety brak mi trenera, który ustawiałby moje treningi. Odczuwam np. przetrenowanie. Pod okiem trenera mógłbym spokojnie i bezpiecznie trenować, dostosowując treningi do pory roku oraz nadzorując ich przebieg, jak również układanie diety sportowej. Dzięki temu mógłbym zapewne być jeszcze lepszy, a przecież już jest dobrze.

L.W.: Może nasz artykuł czyta jakiś Twój przyszły trener. Jakimi słowami zachęciłbyś go do współpracy?
D.B.: Jestem pracowity, a wskazówki kompetentnego trenera pozwolą mi więcej osiągnąć i stać się lepszym zawodnikiem. Jestem osobą pełną zaufania, bardzo pracowitą i sumienną. Aby osiągnąć zamierzony cel, muszę dużo pracować, więcej, niż osoby pełnosprawne. Zawsze mam pod górkę, zawsze muszę włożyć dwa razy więcej energii, niż osoby pełnosprawne. Jednak chcę tego i jestem zdeterminowany. Bardzo mi pomaga wsparcie bliskich osób. Szczególnie wspiera mnie moja życiowa partnerka, zawsze mogę na nią liczyć i pomaga mi we wszystkim. Jeździ ze mną na wyścigi i różne wyjazdy, pomaga mi bardzo.

Darek

L.W.: Co powiedziałbyś osobom, których marzenia legły w gruzach z powodu wypadków, albo tym całkiem zdrowym, którym nic nie dolega, a które wciąż nie mogą zabrać się za realizację swoich marzeń?
D.B.: Krótko. To co zawsze mówię : Trzeba chcieć, a móc to chcieć.

L.W.: Jakie są Twoje marzenia teraz?
D.B.: Moje marzenia teraz... ja jestem gotów na przejechanie na rowerze kuli ziemskiej. Jedyne, co wciąż mnie tutaj trzyma, to odwieczny problem: pieniądze.

L.W.: To jakimi słowami zachęciłbyś do współpracy potencjalnych sponsorów?
D.B.: Mam taki cel – trafić do Księgi Rekordów Guinessa jako niepełnosprawny, który przejechał na rowerze tak wielki dystans – kulę ziemską. Na początek mógłbym zresztą przejechać Europę – na to jestem również gotów.  

L.W.: I tego Ci ze wszystkich sił życzymy, licząc na to, że znajdzie się sponsor, który pomoże Ci zrealizować wszystkie Twoje marzenia jako motywację dla innych.

 

Lena

Nieustanny obserwator i eksplorator. ;-)