Facebookowy trenerze, co za stoi za Twoim fanpage’m? – czyli kilka porad dla tych, którzy trenują w… social media.

„No dobra. Koszulka zadarta, brzuszek wciągnięty, uwaga, trzaskam selfie! Teraz tylko Instagram, fejs i niech wszyscy widzą ich boskiego trenejro! Acha, jeszcze małe lokowanko produktu od sponsora (co ja mam właściwie zrobić z tą piłką…?) i obowiązkowe, motywacyjne hasło… ”. Złośliwość? W żadnym razie. Codzienność social media, czasem budząca podziw, czasem jednak ciche politowanie. Jak sobie nie zaszkodzić i nie przekroczyć granicy autopromocji w mediach społecznościowych, będąc trenerem? Mamy dla Ciebie kilka przemyśleń, które mogą okazać się pomocne.

Zaznaczamy od razu – to raczej nie jest artykuł skierowany do tych trenerów i instruktorów, którzy prowadzą swoje media społecznościowe w przemyślany sposób, będący jedynie narzędziem promocji ich ciężkiej pracy i prawdziej pasji. Mamy jednak cichą nadzieję, że trafi on do tych, których działalność ogranicza się głównie do Internetu - bo przecież satysfakcjonująca droga instruktora fitness nie powinna wieść wyłącznie przez niego.

Co złego jest w tym, że dbam o swój PR?

Absolutnie nic.

W dzisiejszych czasach większość trenerów personalnych bierze sprawy we własne ręce i sama dba o swój wizerunek oraz promocję w sieci. Zadbany instruktor z wytrenowanym ciałem to w końcu najlepsza, żywa reklama swoich umiejętności. Taki trener od razu budzi większe zaufanie; poza tym, każdy kiedyś zaczynał i jakoś do pierwszych klientów trafić musi. Jednak kiedy to głównie ciało trenera i niedopracowany merytorycznie content staje się osią naszej strony w social media, warto na chwilę przystanąć i zastanowić się, dokąd właściwie zmierzamy i kogo nasz fanpage przyciągnie.

Decydując się na autopromocję, należy pamiętać, że prędzej czy później przyjdzie do nas ktoś, kto będzie chciał zweryfikować nasze umiejętności i to, co pokazaliśmy mu na Facebooku czy Instagramie. Jeżeli to, co mamy do powiedzenia czy nauczenia w realu nie bardzo pokrywa się z tym, co prezentujemy na starannie wyfotszopowanych przemyślanych zdjęciach, raczej nie ma szans, by ktoś to puścił w niepamięć. Niestety - braki merytoryczne czy szkoleniowe wychwycą nie tylko nasi klienci, ale zapewne i konkurencja. Jak tego uniknąć?

Klienci wychwycą, gdy improwizujesz

To proste - choćby nie wiadomo, jak Cię kusił świeżo zakupiony sprzęt czy nowa poza, którą opanowałeś, staraj się upubliczniać tylko to, co Ci naprawdę prawidłowo wychodzi; mów/pisz to, co do czego jesteś absolutnie pewien i co zweryfikowałeś; demonstruj ćwiczenia, które wykonujesz w 100% prawidłowo. Twój klient to również najczęściej człowiek świadomy i zainteresowany tą tematyką, który szybko się zorientuje, jeśli improwizujesz. Jeżeli tak się nie stanie i zaufa Ci bezgranicznie, choć sam wiesz, w czym masz jeszcze braki – będziesz miał na sumieniu jego zdrowie. Dlatego zawsze bądź w stanie bronić się merytorycznym orężem. Nie daj się złapać na nieprofesjonalizmie i przeroście formy nad treścią; po prostu bądź profesjonalistą. Czasem diabeł tkwi w szczegółach: warto upewnić się, czy cytat, który wrzucamy, jako jako własny, nie jest znanymi słowami kogoś innego; czy poprawnie wymawiamy angielską nazwę ćwiczenia i wiemy na pewno, w jakie mięśnie ono celuje. Internet nie zapomina wpadek. 

Oznaczanie producentów marek sprzętu na zdjęciach...

...również może być ryzykowne. Część trenerów wierzy, że otagowanie na zdjęciu sprzętu znanej marki przyniesie im większe zainteresowanie potencjalnych klientów lub nawet zaowocuje współpracą z daną marką. W przypadku mistrzowskich „wykonów” rzeczywiście, może tak się zdarzyć. Jednak częściej takim zabiegiem można sobie przynieść więcej szkody, niż pożytku. Jeżeli używamy zastrzeżonego znaku towarowego, a na zdjęciu lub filmiku prezentujemy sprzęt użytkowany w nieprawidłowo wyonywanych ćwiczeniach, lub, co gorsza (a ma to często miejsce w przypadku systemu podwieszanego TRX®) korzystamy z podróbek, producent natychmiast to zauważy i sami zrobimy sobie wzorcową antyreklamę. Co gorsza, niejednokrotnie w takich sytuacjach obnażany zostaje brak ukończonego legalnego szkolenia, i zamiast przyciągnąć do siebie klientów, zwyczajnie się kompromitujemy. Umieszczenie w postach hashtaga, który automatycznie informuje markę o użyciu jej nazwy, jest jak wymachiwanie transparentem z napisem: „Halo, tu jestem! Nie mam nic do ukrycia! Ani tego, czy ukończyłem legalne szkolenie, ani tego, czy w moim studio ćwiczy się na oryginalnym sprzęcie!”

Dlatego warto przemyśleć dwa razy, czy naprawdę mamy materiał na tyle dobry (i z legalnym sprzętem!) by promować swoje zajęcia hashtagiem z nazwą marki. To samo dotyczy marek odzieżowych, klubów fitness, suplementów diety. Jeżeli czujesz się pewnie i wiesz, że to, co zaraz upublicznisz, będzie też wizerunkowo korzystne dla danej marki – możesz spróbować. W przeciwnym wypadku zwrócisz na siebie uwagę, ale nie w sposób, na jakim Ci zależy.

Prezentując TRX upewnij się, że jest legalny

Rób to, w czym jesteś dobry

Na pewno jest dziedzina, w której czujesz się najpewniej i jesteś w niej naprawdę dobry. Trzymaj się jej, zrób z niej swój znak rozpoznawczy. Nie staraj się robić na swoim fanpage’u wszystkiego naraz, bo robią tak inni. Zastanów się na spokojnie.
Jeżeli np. ortografia nigdy nie była Twoją mocną stroną, a jesteś charyzmatyczny, może byłoby lepiej, byś pisanie bloga odpuścił na rzecz vloga? Jeżeli nie ukończyłeś dedykowanego szkolenia, może jeszcze nie czas na umieszczanie w sieci filmiku instuktażowego z niepełnymi umiejętnościami? Jeżeli jesteś fotogeniczny i obiektyw Cię lubi, może warto przemawiać do ludzi zdjęciami, zamiast długimi postami? Z drugiej strony, jeśli wszystkie Twoje zdjęcia to wyłącznie selfie zakrawające na lekkie samouwielbienie, może warto poprosić drugą osobę o profesjonalne zdjęcia? Kreując swój wizerunek w sieci, warto mieć na uwadze, że mniej znaczy czasem więcej. Mało kto jest świetny naprawdę we wszystkim. Lepiej postawić na prezentację tego, w czym jesteśmy naprawdę świetni, i nie bać się konstruktywnej krytyki czy komentarzy.

Trudna sztuka tworzenia samego siebie

Personal branding oparty o monotonne umieszczanie zdjęć, na których prezentujesz wyłącznie sam siebie, na pewno jest sposobem na krótkie zakmunikowanie klientom, co potrafisz. Jednak może też w końcu doprowadzić do punktu, w którym zaczniesz podejmować coraz bardziej desperackie kroki, by utrzymać ich zainteresowanie. W pewnym momencie nie da się już bardziej napiąć brzucha czy efektowniej stanąć na głowie. Ludzie szybko się nudzą czymś, co robią wszyscy, a jeszcze szybciej orientują się, czy oczekujesz tyko kolejnych polubień, czy chcesz im coś nowatorskiego, wyjątkowego przekazać. I choć na Twoje „focie” może autentycznie spadać deszcz lajków, mogą one zupełnie nie przekładać się na liczbę realnych klientów w Twoim klubie. A przecież nie taki jest cel. Dużo bardziej przekonywującym dowodem Twoich umiejętności jest choćby dokumentowanie (koniecznie za ich zgodą) postępów Twoich podopiecznych lub aktywna obecność w branżowych eventach czy konwencjach. Pamiętaj - jesteś trenerem nie tylko dla siebie, ale zwłaszcza dla ludzi. I to o nich i tu chodzi. To przebywanie z nimi w realu gwarantuje Ci najlepszą na świecie reklamę. Dlatego warto od czasu do czasu postawić się w pozycji Twojego klienta i odpowiedzieć sobie na szereg kluczowych pytań:

Udzielaj się na konwencjach

Jak chcę być postrzegany przez klienta – przez pryzmat mojego ciała, czy wiedzy i doświadczenia? Czy piątą fotkę mojego bicka / pupy / twarzy w tym tygodniu nie lepiej zamienić na fotkę z moimi podpopiecznymi? Czy fotki z podopiecznymi nie byłoby warto opatrzyć informacją, czego się tego dnia uczyliśmy? Kiedy ostatnio informowałem na fanpage'u o tym, że podniosłem swoje instruktorskie kwalifikacje? Czy ja je w ogóle podnoszę? Jaka umiejętność daje mi konkurencyjną przewagę, o której warto informować? Czy opis pod zdjęciem typu „no pain, no gain”, naprawdę jeszcze kogoś motywuje? A może bardziej zadziała na moich klientów jakaś moja refleksja, z własnego doświadczenia? Czy wszystko, co jest na mojej stronie, pochodzi wyłącznie ode mnie, czy też od innych – bo wychodzę do ludzi, udzielam się w branży? Czy jestem znany z tego, że jestem dobry w tym, co robię i mam wspaniały kontakt z klientem, czy np. tylko z Instagrama? Kim są ludzie, którzy lubią moją stronę, posty? Czy są to przypadkowe osoby zwabione ładnym zdjęciem, ale które nigdy nie pofatygują się na moje zajęcia, czy moi obecni i potencjalni klienci lub partnerzy z branży? Co chcieliby naprawdę zobaczyć / przeczytać na moim fanpage’u ludzie, którzy płacą mi za… no właśnie, za co? Co sygnalizują mi ludzie w komentarzach? Czy chwalą mnie za samo zdjęcie, czy chcą się czegoś dowiedzieć, spotkać mnie, zostać moim klientem?

Konfrontacja z tymi pytaniami wcale nie jest łatwa ani szczególnie przyjemna. Jednak może okazać się bardzo przydatna i mocno poprawić nasz wizerunek. To w końcu przecież AUTENTYCZNOŚĆ jest tym, co cechuje najbardziej uwielbianych i cenionych trenerów; ich wiedza, szczere zaangażowanie w to, co robią, głównie bezpośredni, a nie wirtualny kontakt z człowiekiem. Dlatego wedle starego porzekadła o prawdzie kolącej w oczy, może warto zrobić mały rachunek sumienia i opowiedzieć sobie na pytanie, czy daliśmy się porwać mainstreamowi samouwielbienia, czy przyciągamy uwagę tym, że spektakularnie płyniemy pod prąd? Trener, którego ludzie kochają i do którego wracają, to taki, który poci się razem ze swoim klientem, przeżywa z nim jego porażki i sukcesy, a nie miętoli w tym czasie w ręce smartfona i ukradkiem robi sobie kolejne zdjęcie.